Pojednanie

Kurs Cudów mówi: Wyłączną powinnością nauczyciela Bożego jest przyjęcie pojednania dla siebie samego. Pojednanie oznacza naprawę lub odczynianie błędów. „ (Kurs Cudów, PDN 18)

Pojednanie jest zatem potrzebne tam, gdzie zaistniało jakiekolwiek oddzielenie od samego siebie,  albowiem pojednanie łączy w jedno to, co zostało rozdzielone. W ten sposób brak zostaje naprawiony i niczego więcej nie brakuje, bo wszystko jest ponownie złączone i komunikacja jest przywrócona.

Zdecydowałem, że podzielę się z tobą moją osobistą historią na temat aborcji dlatego, że jest to częścią mojego procesu pojednania i uwolnienia od wypartych wzorców bólu,  które towarzyszyły mi, jak się stało dla mnie jasne, od długiego czasu, to znaczy nie chodzi tylko o obecne życie, ale o okres o wiele większy, który obejmuje wiele wcieleń, albowiem ciało, jak zobaczyłem, niesie w sobie pamięć wszystkiego, co kiedykolwiek zostało schowane przez umysł przed świadomością, by ochronić się przed lękiem. W obecnym życiu w wieku dwudziestu kilku lat byłem w związku z partnerką mającą dwójkę dzieci z poprzedniego związku i bardzo się starałem abyśmy nie mieli kolejnego dziecka, a tu nie wiadomo jakim sposobem pomimo wielkiej ostrożności, pojawiła się ciąża. Czułem się kompletnie „nieprzygotowany”, było tysiąc powodów, które mówiły, że nie można tego zaakceptować. Partnerka nie była przeze mnie wspierana i też była skłonna do podjęcia takiej a nie innej decyzji, że trzeba dokonać aborcji, bo to jest jedyne rozsądne wyjście w tej sytuacji. Kiedy wracała z zabiegu czekałem na nią na klatce schodowej i kiedy zobaczyłem ją jeszcze oszołomioną narkozą, odczułem smutek, żal i współczucie, ale nie aż tak wielkie aby żałować , że źle zrobiliśmy, że ja źle postąpiłem. Mój racjonalny umysł nadal uważał, że postąpiliśmy słusznie i że inaczej w tej sytuacji mogłoby być o wiele więcej problemów dla dziecka i dla nas, więc dla wspólnego dobra zrobiliśmy najlepiej jak tylko było możliwe.

Związek trwał około 10 lat, potem był następny przez 8 lat też z dwójką dzieci i druga „wpadka” się już nie wydarzyła, a pragnienia by mieć swoje dziecko nie było, pomijając krótki okres na początku pierwszego związku. Już pod koniec pierwszego związku zacząłem szukać pomocy w pracy terapeutycznej i rozwoju duchowym, bo nie dawałem sobie rady z życiem, a bardziej konkretnie, ze swoimi uczuciami. No więc były te wszystkie warsztaty i nauki duchowe, potem Kurs Cudów i obecnie Droga Mistrzostwa.

No i tak to było. Lata mijały, wydawało mi się, że duchowo bardzo się rozwijam, samopoczucie bardzo się poprawiło i nigdy nie czułem z powodu aborcji żadnych wyrzutów sumienia. Zapomniałem o tym. I tak żyłem sobie w błogim poczuciu rozwoju duchowego, aż do wieku 56 lat, czyli jakieś dwa lata temu, bo teraz kiedy to piszę mam 58. A więc dwa lata temu miałem taki okres, gdy poczułem pewną stagnację w rozwoju i pojawiał się jakiś powtarzający się motyw, którego nie udawało mi się zlokalizować i rozpoznać, więc z poprzednich lat i praktyk wyniosłem takie przekonanie, że jeżeli moja praktyka nie radzi sobie z jakimś problemem, to lepiej pójść po pomoc gdziekolwiek, gdzie znajdzie się coś, co zadziała, aniżeli tkwić w problemie. W ten sposób umówiłem się na sesję psychologii procesu (Arnolda Mindella), którą bardzo lubię i mam do niej największe zaufanie ze wszystkich kierunków psychologii. Była to sesja, na którą przyszedłem z jakimś innym problemem, aniżeli ten, który nagle i niespodziewanie się wyłonił i nie sposób już było go uniknąć, a mianowicie po 30 latach ni stąd ni zowąd przypomniał się, wypłyną na powierzchnię, temat aborcji, uczucia z nią związane, i tak po nitce, po nitce do kłębka. Najpierw nie miałem żadnych uczuć, aż zacząłem je mieć. Okazało się, że mam uczucia z tym związane, tylko ich nie czułem, i dlatego wydawało mi się, że ich nie ma.

Dotarłem do zaprzeczonych uczuć i ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że jestem i czuję się ojcem, pomimo tego, że płód został usunięty. Usunięcie nic nie zmieniło. Zostałem ojcem od momentu poczęcia, tylko o tym nie wiedziałem. Sądziłem, że ojcem zostaje się dopiero w chwili narodzin dziecka. A więc odkryłem w sobie żywe uczucie bycia ojcem, który odrzucił dziecko, a w moim odczuciu była to córeczka. Na początku sesji nie widziałem żadnej twarzy, a gdy dotarłem do uczuć, zobaczyłem twarz i oczy, a więc to był moment nawiązania z nią kontaktu. Z nią czyli z moim dzieckiem, częścią mnie, z moją córeczką, i mogłem teraz z nią rozmawiać i czuć wszystkie ojcowskie uczucia. Tak rozmawiałem z nią i przepraszałem za moją decyzję, poczułem jak niewyobrażalnie bardzo ją kocham i jak bardzo jestem szczęśliwy, że przyszła do mnie, jak bardzo jest cenna, że czyni mnie ojcem, zupełnie nową istotą, przeszczęśliwą jej obecnością i tym jak bardzo jestem dumny z niej i mojego ojcostwa, i jak mogę teraz ogłosić całemu światu: mam cudowną istotę, córeczkę czy synka i jak bardzo jestem z tego dumny, że to ja jestem jej/jego ojcem a nie nikt inny, i oddałbym wszystko, aby być z nią i ją chronić i opiekować się. Rozpoznałem, że ona przyszła właśnie dla mnie, aby mnie ratować, aby dać mi skarb miłości, który ożywia i zbawia. I że mnie kocha ponad wszystko bezwarunkowo. Przytulałem ją i cieszyłem się, roztapiały się nasze dni rozłąki i tęsknoty za sobą, bo teraz byliśmy znowu razem, znaleźliśmy się, pomimo, że fizycznie jej nie było, ale w środku odzyskałem wszystkie uczucia z nią związane, a więc połączyliśmy się już na zawsze. Już nie byłem sam. I stałem się dumny z tej istoty, że jest ze mną i że mogę ją poczuć, kiedykolwiek o niej pomyślę. I wtopiła się w moją istotę i jest teraz ze mną na zawsze.

Tak to było, przyszedłem na sesję jako osoba bezdzietna, a po godzinie wyszedłem jako ojciec czujący siebie jako ojca, i czujący swoje dziecko. Ponad 30 lat czekałem na tą chwilę, by uświadomić sobie prawdziwy stan moich uczuć, które zaistniały , zrodziły się we mnie już w momencie, gdy się dowiedziałem o ciąży, lub jeszcze wcześniej i były żyjące we mnie przez cały ten czas, niezależnie od tego, że je odrzucałem. To stało się nieodwracalnie na zawsze.  Żadna aborcja nie może tego zmienić. Miłość dziecka jest przeogromna i wybaczy ci nawet aborcję, ciesząc się, że teraz już ją chcesz i cenisz., cieszy się, że teraz już może się do ciebie przytulić. Tak więc odkryłem, że nie mogę usunąć z siebie „ojca” ani „dziecka”. Jedno i drugie jest mną bardziej niż cokolwiek na świecie. Próbowałem usunąć te części mojego istnienia, chciałem dokonać ich aborcji, ale to się nie udało, dzięki Bogu i Jego prawom. Aborcja jest po prostu niemożliwa. Nigdy nie będzie możliwa. To, co odrzucone i wyparte nadal jest wewnątrz, a więc nigdy nigdzie nie odeszło i nigdy nie zostało utracone. To czekało, aby być moim. Wyszedłem więc z pokoju jako najszczęśliwszy ojciec na świecie. Radowałem się piękną pogodą w pobliskim parku i moim dzieckiem, którego tulącą się obecność nieustająco czułem. A na moim ramieniu usiadł motyl i wcale nie był chętny odlatywać.

Ta sesja przemieniła mnie. Stałem się o wiele pełniejszą istotą, która włączyła w siebie dwie bardzo ważne części siebie. Terapeutka powiedziała: „No i nic nie zapowiadało takiego pięknego dnia. Jestem poruszona tym, co się tu zadziało. Co za piękna informacja poszła do Pola. Może opisze pan to na swoim blogu? ” Powiedziałem, że się nad tym zastanowię, czy coś w tym rodzaju, ale to jeszcze nie był moment, abym potraktował to wyzwanie na poważnie.

Jakże inaczej teraz spojrzałem na świat? Teraz widziałem wszędzie dzieci i ich rodziców, i czułem jakie to piękne i niezwykłe po prostu mieć syna czy córkę w fizycznej formie i w pełni doceniać to czym oni są i cieszyć się nimi. Dziecko nie rodzi się w tym świecie, aby coś ode mnie dostać, ono rodzi się aby dać mi coś, co mnie uratuje, coś, co zagubiłem, ono zawsze przynosi zbawienie. Ode mnie zależy czy ja to pojmę i przyjmę, jakimi oczyma na nie spojrzę, oczyma lęku czy pojednania.

I tak to było. Myślałem, że to już wszystko na ten temat.

Aż pewnego razu, półtorej roku później, w słoneczny letni dzień byłem w ogrodzie, zbierałem jabłka, myłem je i kroiłem na stole, na powietrzu, i tu wydarzyło się bardzo niepozorne wydarzenie. Niezauważenie, bezszelestnie obok stołu podszedł czarno biały podpalany piesek i położył się w cieniu drzewa. I tak sobie leżał i zerkał w moją stronę co jakiś czas, a ja zajmowałem się swoją pracą nie zwracając na niego uwagi, aby go nie przyzwyczajać do siebie, myśląc że pewnie uciekł sąsiadom. Tylko od czasu do czasu ukradkiem na niego spoglądałem i cieszyłem się, że tak sobie wybrał leżeć u mnie.

Na drugi dzień znów wykonywałem tę samą pracę z jabłkami w ogrodzie przygotowując je na przetwory i ku mojemu zdziwieniu piesek znów się pojawił i położył pod drzewem. Trzeciego dnia sytuacja się powtórzyła. Wyglądało na to, że przenocował gdzieś w pobliżu domu i nie miał zamiaru odchodzić. Pomyślałem sobie: skąd się tu wzięłaś, bo to była suczka, kto cię przysłał, albowiem w moim odczuciu było to tak, jakby się wyłoniła z pola wszechświata. Została przysłana niczym posłaniec. Zacząłem wypytywać sołtysa, co to za pies i skąd się wziął, może trzeba zrobić jakieś ogłoszenie, by go komuś zwrócić, gdyż wyglądał na zadbanego psa. Okazało się, że błąkał się już od dłuższego czasu po okolicy i sołtys zgłosił to już straży miejskiej, i że nie ma miejsc w schronisku itd.,i jeśli bym go chciał, to może być mój. Wypytałem więc rodzinę, co o tym sądzą, i wszystkim pies się podobał i pomysł wzięcia go też. No więc stało się, podjąłem decyzję, że ją adoptuję, bo tak się to nazywało. Strażnik miejski przygotował mi umowę przyjęcia pod dożywotnią opiekę bezpańskiego psa i tak oto stałem się właścicielem, lub też tym, który ma zaszczyt opiekować się i przebywać w towarzystwie tej istoty. Bardzo się cieszyłem, że to była „ona”, jej żeńska energia wpływała pozytywnie na cały dom i otoczenie, gdzie było zdecydowanie więcej męskiej energii. Bardzo się cieszyłem i dzieci sąsiadów też uwielbiały się z nią bawić. Przychodziły i prosiły o pozwolenie wzięcia jej na spacer lub bawienia się z nią. Cała atmosfera wokół domu zmieniła się radykalnie.

Beztroska radość nie trwała jednak długo. Od samego początku rodzina, sąsiedzi a nawet strażnik miejski zapytani stwierdzali, że najlepiej od razu ją wysterylizować, bo nie ogonimy się od psów, że to będzie coś strasznego. Więc mając takie opinie wkoło siebie, chcąc mieć zgodę rodziny na jej obecność, zaakceptowałem ten pomysł jako słuszny i dobry, że pieskowi nic się nie stanie, będzie spokojny, nie będzie miał cieczki, nie będzie trzeba się martwić, co zrobić ze szczeniętami i w ten sposób nie wytwarzać niepotrzebnego cierpienia. Pogodziłem się z tym, urząd miejski opłacał zabieg i zwalniał mnie z podatku, wiec same zalety.

Pierwszy raz pojechaliśmy do pani weterynarz i okazało się, że sunia jeszcze ma cieczkę, więc na operację trzeba poczekać dwa tygodnie. Pani stwierdziła, że pewnie już i tak jest w ciąży, skoro luzem wszędzie biegała, ale to w niczym nie przeszkadza w zabiegu później, bo gdyby teraz wykonać zabieg to z powodu przekrwienia narządów rodnych mogłyby być komplikacje. Tak więc dostaliśmy dodatkowe dwa lub trzy tygodnie. Z radością wyszedłem z gabinetu.

Minął czas znów stawiliśmy się w gabinecie. Tym razem sunia niechętnie weszła do gabinetu i trzeba było ją popychać. Zauważyłem to. Mimo to zostawiłem ją. Czekałem na telefon. Pojechałem ją odebrać. Pani powiedziała, że operacja się udała, że wszystko jest w porządku, i że nie była w ciąży.

Kiedy ją zobaczyłem skołowaną po narkozie i ubraną w kaftan ochronny, aby nie zrywała szwów, moje przekonanie o słuszności zabiegu i spokój wewnętrzny prysły w jednej chwili i powróciło teraz to samo uczucie przygnębienia, które miałem, gdy moja pierwsza partnerka wracała z zabiegu, a nawet jeszcze dużo gorsze. To było jak uderzenie w głowę. Teraz czułem, że zrobiłem źle i nie mogłem wyjść z zadziwienia jak ja, taki już świadomy, na to zezwoliłem. Chciałem to odwrócić, aby wszystko się cofnęło w czasie. Szukałem nawet kontaktu do Nieumywakina z Rosji, który ma taki zespół jasnowidzów, którzy znajdują uszkodzony fragment kodu genetycznego, naprawiają go i pacjentowi z wycięta nerką odrasta nowa. Nie znalazłem jednak namiarów i pomysł jakoś się rozmył.

Znalazłem teraz w internecie opinie innych ludzi, którzy o sterylizacji mieli negatywne zdanie, że ich zwierzaki źle to przechodziły, źle się zachowywały, albo gryzły wszystko itp. Przypomniałem sobie, że przecież w pierwszym związku mieliśmy suczkę w domu, w bloku, i miała wiele razy cieczkę i jakoś nigdy nie było z tym tragedii. Miałem teraz tysiąc myśli i żal. To nie było prawdziwe współczucie dla pieska, ale złość na siebie, za nieostrożność, że dopuściłem do tego, aby to nieprzyjemne uczucie wypłynęło na wierzch i mnie ogarnęło. Pojawiła się schowana przeszłość, która najwyraźniej nie odeszła, bo nie została wystarczająco wybaczona i ukochana. Zatrzymałem ją w sobie i nadal niosłem. Teraz zobaczyłem, że po 30 latach nadal jest tu i teraz i nie ma od niej ucieczki. Uczucie było okropne, wina zmieszana z bólem, żalem, smutkiem nie do wytrzymania. Byłem zszokowany jak nagle wpadłem w taki stan jak śliwka w kompot, delikatnie mówiąc. Nie mogłem wyjść z zadziwienia. Nie potrafiłem się z tego otrząsnąć jakieś dwa tygodnie. W końcu zadzwoniłem po pomoc do Toma. Rozpoznał, że moja reakcja na sytuację jest nieadekwatna do tego, co przeżywam. Powiedziałem mu więc o aborcji i wtedy powiedział: „tak, to jest to”. Rozmawialiśmy i pomógł mi w jakimś stopniu rozpuścić tą przeszłość i sobie wybaczyć, ale chyba jeszcze nie do końca. W następnych dniach poczułem się już lepiej , choć ciągle, gdy na nią spoglądałem, powracały wspomnienia: Dlaczego, dlaczego i dlaczego…

W końcu suczka doszła do siebie. Znów stała się radosna i pełna energii jak na początku. To mi bardzo ulżyło. Starałem się zadośćuczynić temu, co jej zrobiłem, przepraszałem ją. Była teraz dla mnie jak chodzące świadectwo mojej winy. W umyśle pojawiła się nawet myśl, że teraz to już nie jest pełnowartościowy piesek i lepiej, żeby jej nie było, żebym miał nowego. Tak jakbym chciał zniszczyć dowód swojej winy. Odepchnąłem tę myśl na bok, widząc co robię, i znając moc myśli. Nie dość, że sam to zrobiłem, to teraz nie chcę poczuć tego i sprawiam, że przestaję kochać tę istotę. Zobaczyłem pokrętność tej myśli i stwierdziłem, że ona na to nie zasługuje. Chciałem zobaczyć, że nadal jest pełnowartościowa i chciałem, aby cieszyła się życiem, jak tylko może najbardziej. A więc pozwalałem jej bawić się z dziećmi, psami, brałem ją na spacery, by mogła się wybiegać i szaleć w kopaniu nor w ziemi w poszukiwaniu zdobyczy. Poczułem też radość z towarzyszenia psa człowiekowi. Jak od wieków pies został zaproszony, aby być wsparciem, towarzyszem i ochroną w świecie, i jak wiernie z poświęceniem swego życia pies wypełniał tę rolę.

Mijały miesiące, znów lubiłem moją suczkę, zrobiłem jej ocieplony domek wyścielony gąbką i trawą, do którego od razu sama weszła i go polubiła. Było jej tam ciepło i kiedy wieczorami spuszczałem ją ze smyczy to sama do niego wracała i nocowała, gdy było zimno wpuszczałem ją do domu. Radość ją nie opuszczała. Najwyraźniej wybaczyła mi sterylizację i darzyła mnie stale tą samą miłością. Lubiła z zapałem biegać z psem z sąsiedztwa po polach, a ja cieszyłem się jej biegiem, pasją i radością. Po godzinie czy dwóch sama wracała do domu. Lubiła też pilnować domu oszczekując wszystko, co uważała za podejrzane. Nikogo jednak nie ugryzła. Zaprzyjaźniła się z naszym psem Maksiem i jak się spotykali razem, to wówczas trudno było ich się doszukać gdzie są.

I tak to było. Było już całkiem fajnie, a ja czerpałem radość z tego, że teraz mogę chodzić na spacery i czuć dumę, że mam fajnego kochanego psa, który mi towarzyszy, jest mądry i darzy mnie wybaczającą wszystko miłością.

I nadszedł czas wyjazdu na warsztaty z Izraelem do Antoniowa. Warsztat chyba jedyny w swoim rodzaju, najwspanialszy, jakiego doświadczyłem w tym życiu. Wracałem szczęśliwy w niedzielne popołudnie z grupką przyjaciół. Przyjeżdżamy, a tu przed domem na poboczu leży martwa moja suczka. Nie mogłem pojąć tego obrazka. Coś się stało. Wiem, że nie ma przypadków. Od bratowej dowiedziałem się, że zginęła o 9.00 rano tego samego dnia pod kołami samochodu, zerwawszy się ze smyczy. Co się stało? Czy coś się uwolniło? Czy też dopiero ma się uwolnić, jeśli na to pozwolę? Przyjaciele odjechali, a ja zacząłem oddychać do brzucha jak na warsztacie.

I nagle poczułem morze bezmiernej rozpaczy zalewające moje ciało i umysł i myśli: „tak, ja cię zabiłem. Pozwoliłem na to. Gdybym lepiej cię uwiązał, gdybym lepiej dopilnował, zabezpieczył – nie byłoby tej śmierci, żyłabyś. To całkowicie przeze mnie, przecież jestem twórcą każdej sytuacji, itp…” Nieskończony bezmiar żalu, smutku, depresji, samopotępienia, samoudręczenia. „Tak, nie byłeś wystarczająco dobry, uważny i pozwoliłeś na to nieszczęście. To przez ciebie on/ona zginęła. Masz na sumieniu jej/jego życie. Rozpacz matki/ojca czy opiekuna po stracie nieupilnowanego dziecka, rozpacz mężczyzny po stracie ukochanej, żony, dziecka, przyjaciela, których nie zdołał ochronić, upilnować, kochać wystarczająco mocno, aby nieszczęście się nie wydarzyło. Nie kochałem ich wystarczająco mocno. To z powodu mojej złości, nieuwagi.” Takie myśli i obrazy przepływały przez moje ciało i umysł. Tak, teraz wiem, poczułem swój własny wielce schowany odwieczny ból tych wszystkich nieszczęść, których czułem się sprawcą. Tak, tu były też te wszystkie śmierci i aborcje, dokonywane przez kobiety i mężczyzn. Byłem każdą kobietą usuwającą ciążę, byłem każdym mężczyzną zmuszającym, namawiającym lub przyzwalającym na aborcję. Czułem jak byłem tymi kobietami i tymi mężczyznami. Czułem usuwanie ciąży, czułem to w udach, genitaliach i miednicy. Tak, to była najprawdziwsza prawda. Ja to wszystko robiłem. Inaczej nie mógłbym tego poczuć. Pamięć tego została w ciele i teraz opowiadała mi o tym i świadczyła. Już nie mogłem dłużej zaprzeczyć temu, co czułem. Tak, to było to, co z taką pieczołowitością, wytrwałością tytana chroniłem w swoich trzewiach, aby nigdy, przenigdy nikt nie dowiedział się o mojej smutnej przeszłości z wielu wcieleń, abym znów nie poczuł się podle na dnie beznadziei. Tak, przyrzekłem sobie, że nigdy nie pozwolę sobie tego pamiętać, bo to mnie zabije. Dlatego tak bardzo chroniłem wizerunek duchowego siebie.

I tak to było. Byłem martwy, bo zabroniłem sobie daru odczuwania. Odczuwałem tylko powierzchownie. Żyłem więc płytko i na powierzchni, a głębia mnie była niedostępna i odcięta. Zmagazynowałem w niej wszystko, czego odczuwania zabroniłem sobie, bojąc się, że te emocje, energie, mnie zabiją, że ich nie przeżyję, nie zniosę, że są niebezpieczne, że trzeba się przed nimi chronić i uciekać jak tylko można. Tak zrodził się we mnie lęk przed odczuwaniem, lęk przed sobą, lęk przed emocjami takimi, jakimi były, i zgodą na ich przyjęcie, wybaczenie sobie za ich wytworzenie. Czyli przed poddaniem się samemu sobie, lęk przed życiem. W taki właśnie sposób walczyłem sam ze sobą, albowiem walczyć i unikać emocji to walczyć ze sobą i unikać siebie i swego życia.

Dlatego właśnie potrzebuję wyjawienia mojej tajemnicy przed samym sobą, abym sam przestał się jej bać i być jej nieświadomy, bo dopóki trwa lęk przed schowanym i zatajonym – nie jestem jeszcze do końca połączony sam ze sobą i boję się siebie, gdyż emocje są mną. Zrozumiałem, że żadna emocja nie jest straszna sama z siebie, że jej przeżywanie i nieosądzająca akceptacja nie zabija, lecz uzdrawia. To uciekanie od niej, zabija czucie. Oto największa śmierć, jakiej mogłem doświadczyć – śmierć odczuwania. Każde zatajenie kryje śmierć mojego odczuwania, a więc grzebie mnie w grobie.

Pisząc o tym teraz przebaczam moim emocjom to, co o nich myślałem, to nie emocje były niebezpieczne, lecz moje ich interpretacje. Czegóż to ja na ich temat nie wymyśliłem? A nic z tego nie było prawdą, albowiem emocje zawsze są neutralne i są jak posłańcy niosący energię i informację do adresata, by ją przyjął i dzięki temu przezwyciężył sytuację, tak jak surfer przezwycięża falę, którą przyjmuje. Przyjmując ją, podróżuje na niej. Ona go niesie. Gdyby od niej uciekł podróż byłaby niemożliwa.

Tak, tak to właśnie jest, że pole energii, w którym żyjemy i w którym jesteśmy nieustająco osadzeni, dba o nasze uzdrowienie, niezależnie od tego, czy przyjmujemy to do wiadomości,  czy nie. Ono i tak zawsze dba o uzdrowienie, a więc dba o… o ujawnienie wszystkich tajemnic, albowiem każda tajemnica, to brak odczuwania i kontaktu z falą, która przynosi radość podróży. Taka właśnie jest natura pola świadomości – zawsze miłująca i wyzwalająca z niewoli. Innymi słowy Duch Święty nigdy nie przegapia okazji do obnażania tajemnic tam, gdzie mu na to pozwalamy, tam gdzie się poddajemy, gdzie go zapraszamy.

Każda tajemnica jest schowaną, odrzuconą, źle zinterpretowaną energią, niosącą w sobie uwalniające pokłady rozwiązania. Umysł interpretujący obawia się tej energii, błędnie ją osądzając jako zagrożenie. Więc bronimy swoich interpretacji, nie widząc, że nie pozwalają nam one na przyjęcie i akceptację energii niosących nasze wyzwolenie.

Gdy to ujrzałem, zrozumiałem że to, co ukryte zawsze musi wyjść na jaw. Biblia mówi: „Nie ma nic ukrytego, co nie będzie odkryte,…. Rozgłaszajcie na dachach to, co jest mówione szeptem”. Innymi słowy: nie ma się czego bać. Ujawnianie tajemnic, jest uwalnianiem się od nieświadomości. Już Karl Gustaw Jung pisał, że to, co nieświadome rządzi człowiekiem. Dlatego, że energia musi się zamanifestować prędzej lub później, skoro została ukryta, a energia przecież nigdy nie umiera, bo jest nieśmiertelna. Może zmieniać formy, ale nigdy przenigdy nie umiera. Więc energii nie można „zapomnieć”, nie można jej się „pozbyć”, nie można jej prawdziwe „usunąć”. To niemożliwe. I dzięki Bogu, gdyż oznacza to, że nasze wyzwolenie prędzej lub później musi się dokonać. Taka właśnie jest Wola Boga i jest ona zapisana w naturze energii.

Jako człowiek robiłem wszystko, aby nie spotykać się z bolesnymi emocjami, a Duch Pola robił wszystko, abym się z nimi spotkał. Walczyłem z Nim , gdyż myślałem, że On źle robi, że ze mną walczy. Teraz przegrałem. Fala wspomnień, żywej pamięci, przelała się przez wzniesiony przeze mnie mur, i już dotarła do świadomości. Żywa prawda przerwała mur. „Nie poradziłem sobie” z emocjami, z życiem, z tajemnicami, z ich ukrywaniem, przegrałem. Runęły moje zabezpieczenia, wizerunki siebie, które miały mnie chronić przed „straszną” pamięcią.

Teraz więc przegrałem, a Duch Święty wygrał, więc w moim pojmowaniu umarłem, a jednak nadal żyłem. Oddychałem nadal i świadomie przeżywałem energię, emocję, pamięć, rzeka płynęła, woda się zmieniała, woda sama się oczyszczała, zanurzałem się w doświadczeniu przepływu, stawałem się oddechem, stawałem się energią, wchłaniałem pamięć, łączyłem się z odrzuconym, przemieniałem się, stawałem się kimś innym, wyłaniałem się jako ktoś inny. Czułem jak jestem przemieniany, pozwalałem na przemianę siebie, na przemienienie się. Tak przemienienie, przeistoczenie, wniebowstąpienie.

Wyłoniłem się po drugiej stronie zaprzeczenia, nie wiedząc kim już jestem, niezdefiniowany, ale z pewnością żywy. Wyłoniłem się jako nieosądzające życie, jako sama energia. Włączyłem samego siebie, zintegrowałem przeszłość, swój cień. Teraz jestem. Amen.

Czy mogłem uniknąć śmierci suczki? Teraz wiem, że, niestety to było nieuniknione z powodu tego, co ukrywałem. Można rzec: zapisane. Albowiem czułem, jakby jej istota dosłownie wyłoniła się z niewidzialnego pola energii i przyjęła fizyczna postać, jak mistrz, który włożył ciało, aby przyjść do mnie i mi coś zakomunikować. Tak właśnie na nią patrzyłem i nie wierzyłem, że to jest po prostu zwykły pies ( o ile w ogóle takie są), który pojawił się i położył na trawie obok mnie. To był posłaniec Pola. Pole albo Mistrz, jeśli wolisz, objawił się mi, aby dokonać mojego uwolnienia, dostałem pomoc w fizycznej formie. To było przedstawienie wyłącznie dla mnie. To kochająca energia, nieosądzająca miłość przyszła z pewnością siebie naprzeciwko mnie, a ja nie wiedziałem jeszcze, co zamierza uczynić, ale jej plan był jasny i czysty: zabrać mnie do siebie. Przyszła po swoją własność. Nie zapomniała o mnie. Bóg nie zapomniał o mnie, nie pozostawił mnie samemu sobie. Objawił się poprzez formę, aby zadziałać, aby dokonać czegoś dla mnie. Tak, to żywa obecność Boga w formie.

Czasem nie wiemy co to jest nauczanie. Co takiego mógłby mnie nauczyć jakiś tam piesek, czy inne zwierzątko? Przecież tylko przyszło, było i odeszło. A jednak, jak wiele utajnionych wspomnień, żywych energii pokazała mi we mnie i skontaktowała mnie z nimi. Nie chciałem ich widzieć kategorycznie, więc pozwoliła zrobić sobie sterylizację, nie chciałem widzieć następnych, więc pozwoliła na swoją śmierć, tylko po to. abym to zobaczył. Tylko po to. Dla żadnego innego celu. To jest dosłownie Chrystus schodzący w formie dający się ukrzyżować tylko po to, aby mógł mnie zbawić. To właśnie jest miłość boża, energia Chrystusowa w działaniu. To jest największe i najczystsze nauczanie.  W każdym szczególe nie było żadnego przypadku. Zobaczyłem, że kierowca samochodu i wszyscy inni dosłownie jakby się zmówili, aby zagrać dla mnie określony, precyzyjny miłująco zaplanowany scenariusz przeznaczony wyłącznie dla mnie, a więc jest to miłość, która mnie znała, pamiętała, wiedziała jak do mnie przemówić, dotrzeć, i bez żadnego lęku przyszła po moje uwolnienie. Nie bała się odrzucenia, ani okaleczenia, ani śmierci, całkowicie nieustraszona i pewna czego chce, pewna tego dla kogo i po co przyszła. Kochająca bez żadnego wahania. Pewna swego. Przyszła po swoją własność. Tak, jestem jej własnością. Tak jestem własnością Pola i ono o mnie dba. Przemieniło mnie w siebie. Amen

Teraz mogę być dla ciebie posłańcem Pola, które jako jedyne wie, co jest potrzebne każdej Jego części, jako jedyne jest nauczycielem i autorytetem. Innymi słowy: tylko Bóg działa, tylko Miłość działa. Nie ma innego działającego, nie ma innej sprawczej siły. Amen

Zapytałem wiec czy mogłem uniknąć aborcji w tym życiu? I zobaczyłem, że nie mogłem. Ta aborcja musiała się jakoś wydarzyć w tej, lub podobnej formie, albowiem ukrywałem w sobie odrzucone energie, części siebie.  Aborcja to odrzucenie, a więc już istniała w umyśle, jako „aborcja energii”, jeszcze zanim przejawiła się fizycznie. Ukrywałem te energie sam przed sobą, a  moja była partnerka była przejawieniem Chrystusa w formie i odegrała dla mnie scenariusz mający na celu skontaktowanie mnie z tymi dawno wypartymi energiami, abym mógł je uzdrowić. To było przedstawienie dla mnie. Wówczas tego nie zrozumiałem, lecz teraz czuję całym sobą, że tak to właśnie było. Aborcja w tym życiu to tylko wierzchołek góry lodowej tego, co działo się w poprzednich wcieleniach, i co pojawiło się, zamanifestowało, jako przejawienie uwięzionej, ukrytej energii, przed którą uciekałem, a która zawsze dąży do mojej wolności. Teraz zrozumiałem dlaczego całe moje życie było takie, a nie jakieś inne, dlaczego miałem problemy ze związkami, dlaczego miałem problemy w komunikacji z kobietami. Jakże mogło być inaczej mając schowaną taką a nie inną nieświadomą przeszłość, treść, energię, której nie przebaczyłem, której nie chciałem włączyć. To czego nie chcę włączyć będzie przychodziło do mnie, aż do skutku, aż zaakceptuję te części mojego umysłu, albowiem one nie mają gdzie pójść, one mają tylko mnie, one są zagubionym mną. To są moje zagubione owce.

Zobaczyłem, że każda zbrodnia na tej planecie jest popełniana jedynie w imię ucieczki przed odczuwaniem i przebaczeniem sobie wypartych, niekochanych, osądzonych energii, skazanych niczym skazańcy na wieczne potępienie, odrzucenie, zapomnienie, cierpienie i samotność w ciemnych piwnicach umysłu. A więc „zbrodnia” to w istocie „ucieczka przed doświadczeniem czegoś”, czegoś, w co się wierzy, iż jest bardzo okropne, dużo bardziej okropne, niż sama zbrodnia, nieuczciwość, kłamstwo. Popełnienie zbrodni bardzo wzmacnia tę wiarę w okropność tego, co wyparte, powoduje jeszcze większy lęk przed spotkaniem z tym.  Skoro jestem gotowy popełnić nawet zbrodnię i uważam ją za nieuniknione rozwiązanie, a przecież tak naprawdę  nikt nie chce popełniać zbrodni, to oznacza to,  że jest jeszcze coś gorszego, straszniejszego, na co nie można kategorycznie pozwolić, do czego nie można dopuścić, a to  bardzo silnie uczy, iż energie wyparte w podświadomości są naprawdę straszne, bezlitosne i bestialskie, albo godne największej pogardy i obrzydzenia, i spotkanie z nimi to koniec, to śmierć, to jak spotkanie z najgroźniejszymi przestępcami, dzikimi zwierzętami, albo z trędowatymi. Takie właśnie było moje nieświadome przekonanie.

To wierzenie w naszej ludzkości wydaje się rządzić z wielką siłą.  Popełniam zło mówiąc sobie: lepsze to niż miałbym poczuć tamto, postępuję nieuczciwie mówiąc,  to najlepszy sposób na uniknięcie tamtej emocji, kłamię, bo to najlepszy sposób na uniknięcie niechcianej energii. Motywacją do działania jest „unikanie czegoś”, nieustanne lawirowanie między niechcianymi przeszkodami. Innymi słowy wszystko jest lepsze niż spotkanie z „potworami podświadomości”.

A co by było, gdyby się okazało, że to nie są potwory? A co by było, gdyby się okazało, że jest to błędny sposób myślenia, że jest to tylko błędne wierzenie nie zawierające w sobie żadnej, absolutnie żadnej prawdy? Co wtedy?

Co by było, jeśli to, co się wyłania z lochów więziennych podświadomości wyłania się po prostu dlatego, że prosi o uzdrowienie , o miłość, o akceptację, o włączenie, o przebaczenie, o uniewinnienie, o pobłogosławienie, o anulowania moich błędnych sądów, o sprawiedliwość, o szczerość, o odblokowanie, o włączenie, o miłosierdzie., o zmiłowanie się nad samym sobą, o rozpoznanie. A co jeśli „potwór” okazuje się czekającą ponad 30 lat córeczką tęskniącą za przytuleniem? A co jeśli ich „straszny wygląd” jest rezultatem krańcowego wycieńczenia, wygłodzenia, trzymania w nieludzkich warunkach, w ciemnych lochach umysłu, niekochania, unikania i zaniedbania?  A co powiesz na to, jeśli ci więźniowie, to właśnie części twego „Ja” skazanego na śmierć?

W tych ciemnych lochach była tylko moja własna ukrzyżowana i potępiona energia, moja dusza, która nigdy nie była niczym innym jak tylko czystym światłem Chrystusa. Nie miałem pojęcia, że krzyżuję Chrystusowy umysł i jednocześnie mówię: „ja siebie/ciebie kocham”.

Teraz stało się dla mnie jasne, dlaczego jest tyle przemocy fizycznej, seksualnej i emocjonalnej w świecie. Nie dlatego, że ktoś jest zły, ale z powodu oporu, lęku, przed spotkaniem z błędnie  zinterpretowanymi emocjami, i niechęcią, by zmienić te interpretacje, czyli jest to niechęć do wybaczenia sobie i ujrzenia siebie i wszystkich niewinnymi. Bez uznania niewinności wszystkich energii umysłu, nie może być mowy o przebaczeniu, ani spokoju, ani pojednaniu z Bogiem i jego stworzeniem, ani o zatrzymaniu chomikowego kołowrotka, ani o pełni umysłu.  Chrystus pozwala odgrywać wszystko, co schowane. Przychodzi i pozwala się prześladować tylko po to, abym ja uświadomił sobie, co czynię, i nie trzymał bólu prześladowania w sobie. Chce abym nie powtarzał nieskończonych cykli odgrywania tego, co ukryte. Chce mnie uwolnić od doświadczenia typu: „Dlaczego to wciąż mi się wydarza?” Chce mnie oczyścić, chce abym rozpoznał swoją w Nim doskonałość. Oto jest miłość, która nie ma żadnych granic, ani nie zna żadnych przeszkód, oporu, dla wyrażania siebie. Nic sobie nie robi z tego, że próbuję ją ukrzyżować. Mówi tylko: „Nie wiesz co czynisz. Kiedyś to z pewnością pojmiesz. Kocham cię bezgranicznie na zawsze i bądź pewien, że nic tego nie zmieni”. Teraz moje świadectwo staje się przesłaniem Pola dla ciebie, który jesteś prze nie kochany nigdy nie zmieniającą się miłością Ojca-Matki, pragnącą jedynie twego rozpoznania, że ona jest tobą. Jesteś błogosławiony teraz, zawsze i na wieki wieków. Amen

Wszelkie działania w świecie fizycznym, które są atakami na kogoś lub na coś, są podyktowane pragnieniem ucieczki od połączenia się z wymiarem duchowym zawartym w wypartych emocjach. Włączenie tych emocji przywraca świadomość wymiaru duchowego. Ucieczka przed nimi rodzi wymiar fizyczny.

Cały świat kręci się wokół praktyki wypierania się energii zdefiniowanych jako „niechciane”, lub „niedobre”. Cały świat kręci się wokół nieustającego sądzenia, co można zaakceptować, a co nie, co jest dobre, a co złe, jakim emocjom pozwolę połączyć się ze sobą, a jakim nie pozwolę. co pozwalam sobie przeżywać, a co powinienem odrzucić. A więc u samych podstaw świata leży chęć kontrolowania sytuacji, abym przeżywał tylko to, co dobre z egotycznego punktu widzenia, „ja” oddzielonego od innych. A to zakłada osąd, że istnieją złe emocje, że istnieje zło, że istnieją złe części umysłu, że istnieją „inni” i „różni”. To z kolei sankcjonuje odrzucanie, wypieranie, i tak powstaje podświadomość, czyli obszar, którego nie chcemy być świadomi. Chwilę wcześniej była tylko świadomość, wszystko było świadome, a w momencie dokonania podziału na dobre i złe, powstała oczywiście decyzja, aby zło usuwać, niszczyć, spalać, ukrywać itp.. A ponieważ żadna energia nie może być „zła”, gdyż wszystkie pochodzą z tego samego źródła, które jest miłością, więc złe mogą być tylko interpretacje, i to właśnie one blokują przepływ włączenia całości energii i powodują  wytworzenie doświadczenia podziału umysłu, w którym czujesz się istotą dwulicową, dwubiegunową, podzieloną, rozerwaną na dwie części, dobrą i złą, duchowa i fizyczną, istotą na której ciąży piętno grzechu, która musi pilnować się przed „demonami”.

Umysł chce być jednym, więc widząc w sobie przeciwieństwa usiłuje odzyskać swą jednorodność, poprzez usunięcie jednego bieguna. To z kolei rodzi jednak niekończące się cykle zmagań z odrzuconym a więc ukrytym, i wywołuje uczucie „wojny z niewidzialnym wrogiem”, albowiem odrzuconej energii nie sposób zabić ani odrzucić, gdyż energia jest zintegrowaną całością i podział jej jest niemożliwy. Wyparta, odrzucona energia nie może przemieniać swojej formy, zostaje jakby złapana, schwytana, zamrożona i unieruchomiona, uniemożliwia się jej tym samym życie, które jest nieustającą przemianą. Dlatego właśnie wyparte emocje po wielu latach, są dokładnie takie same jak w momencie wyparcia. Mija 50, 100 lat czy tysiąc lub milion, ale nie dla nich. Dla nich czas się zatrzymał. Są zamknięte w izolatce, w kaftanach bezpieczeństwa i nie pozwala im się na ruch. Nie ma dla nich litości. Kwarantanna.

Różne rodzaje emocji to tylko różne rodzaje form jednej energii, różne nuty, a więc potępienie odnosi się do jakiejś szczególnej formy i odmawia się jej dalszej możliwości przemiany, czyli po prostu prawa do życia. Zatrzymanie przepływu przemiany energii jest powiedzeniem Bogu, lub Pełni twojego umysłu: „stop, „ja” przejmuję kontrolę, ja lepiej tym pokieruję, ja lepiej wiem, co będzie dla mnie najbardziej korzystne. Ty nie dbasz o mnie wystarczająco dobrze. Ja naprawię wszystkie twoje błędy, bo widzę dużo zła i wad w twoim stwarzaniu. Ja zajmę się usunięciem zła i wszystko będzie dobrze.

Jednak rozwiązanie polegające na usuwaniu jednego z dwóch biegunów przeciwieństw nigdy się nie powiedzie, albowiem  umysł nie ma dwóch biegunów. Pełnia tego czym jesteś jest jednorodna i niepodzielna. To usuwanie „jednego z dwóch”, jest w rzeczywistości próbą podzielenia twojej duchowej  jedni, i nigdy nie może się powieść. Zatem rozwiązanie musi leżeć jedynie w integracji przeciwieństw. Wyjściem z dualizmu jest pojednanie przeciwieństw. A ponieważ przeciwieństwa nigdy nie istniały,  będzie to wymagało świadomej rezygnacji z osądu, że jednak istnieją… A to oznacza otwarcie na pojednanie z odrzucanymi emocjami… Hmmm…

Ten proces nauczania jest nieunikniony, albowiem cała „nieświadomość”, czyli to czego odmawiam być świadomym, czeka na włączenie, na zaproszenie do stołu życia. Nigdzie nie odeszła i nie odejdzie, albowiem miłość kocha samą siebie i nie pozwoli usunąć części siebie, ani zignorować. Nie ma więc ucieczki przed pojednaniem przeciwieństw. Ja dokonałem tego podziału, i to ja z niego zrezygnuję. Pozwolę, aby wszystko samo objawiło mi siebie, takim jakie to jest. Nie ma od tego ucieczki, dzięki Bogu. To jest nieuniknione, gdyż tęsknota za wypartą energią doprowadza mnie do poddania się i pojednania z sobą samym, takim jakim jestem, a nie jakim wyobrażałem sobie, że jestem.

Tak więc cały świat reprezentuje mój umysł i czeka na moje włączenie go, czeka na moje błogosławieństwo, na miłość, na rozpoznanie w nim przyjaciela. Relacja z Ziemią odzwierciedla relację z wewnętrzną energią.  Ziemia umożliwia zobaczenie jakości tej relacji w większym spektrum. Jest przejawieniem Chrystusa w formie, który pozwala się krzyżować tylko po to, aby wydostać mnie i moich braci z niewoli nieuświadomionego ataku na samego siebie.

 

Z pewnością nie jestem tym kimś, kto jechał do Antoniowa tydzień temu. Jestem kimś innym. Kim? Nie muszę nawet wiedzieć. To samo się objawia przeze mnie.

To właśnie zatrzymanie przerażającej myśli, lub myśli przerażonej emocją, jaka została wytworzona w odwiecznej przeszłości, i nie oddanie jej Bogu, kochającej energii, która nie osądza, nie wyłącza i nie brzydzi się niczego, „…wszystko kocha i wszystko przyjmuje, wszystkiemu wierzy, wszystkiemu ufa….) powoduje nieskończone jej powtarzanie i ból.

Tak to było.To było takie doświadczenie. Teraz już wiemy jak to działa. Teraz jest spokój. Dziękuję za ciebie, że mi pokazałeś drogę do domu. Dziękuję że Bóg jest. Amen

Świat jest obrazową reprezentacją wszystkiego, co ukryłem sam przed sobą. I bardzo się przemienił pomiędzy pierwszym zdaniem, które tu napisałem a ostatnim. To się nazywa pozwolenie na przemianę świata w sobie. Kocham cię na zawsze. Amen

 

 

 

 

Pytania i odpowiedzi:
1.) Czy aborcja kiedyś będzie wybaczona i naprawiona całkowicie, czy też jakieś poczucie straty pozostanie?

– Wszystko zależy tylko od ciebie. Aborcja, morderstwo, przestępstwo, atak, zawsze będą przebaczone całkowicie w momencie, gdy przebaczam sobie  decyzję odrzucenia, i odrzuconej części przebaczam za swoje jej osądzenie. Bez przebaczenia i włączenia aborcja/odrzucenie nadal trwają jako fakt energetyczny.  Skutek trwa do momentu naprawy przyczyny, a przyczyną jest zawsze odrzucenie na poziomie emocjonalnym, czyli energetycznym. Emocja to energia. (Droga Przemiany, lekcja 4) Jeśli nie poczułeś emocjonalnego włączenia, pojednania, spokoju, naprawy, to odrzucenie nadal trwa. Nic nie pomoże intelektualne wybaczanie sobie, tłumaczenia, interpretacje, afirmacje, relaksacje, itp.  Żadna intelektualna sztuczka nie zadziała, albowiem jesteś istotą energetyczną w pierwszej kolejności a fizyczną w drugiej, a nie na odwrót. I termin „aborcja” nie dotyczy tylko usuwania dziecka, aborcja to każde odrzucenie jakiejkolwiek z form twojej energii, które wszystkie są twoimi dziećmi.

Twoja energia i wszystkie jej formy, jakie przybiera, są tobą i odrzucenie jakiejkolwiek jest odrzuceniem siebie, a to boli. Odrzucenie siebie boli. Każdy ból pochodzi z jakiejś formy odrzucenia czegoś z siebie. Jedna część to odrzuca, ale reszta za tym tęskni i dlatego jest to ostatecznie ból rozłąki. Dopóki ból trwa – świadczy o tym, że rozdzielenie trwa. Jeśli odpychana część zostaje włączona, pojawia się pojednanie i ulga, a ból znika, i nie można go znaleźć, nie ma go – bo przemienił się w radość – zupełnie zmienił formę. Szkoda została naprawiona energetycznie, a więc prawdziwie, i ta naprawa jest trwała.  Odrzucona energia zostaje włączona, i nie ma jej już „na zewnątrz” (w podświadomości), lecz zostaje z tobą na zawsze wewnątrz jako twój zasób, jako ty. W ten sposób uczysz się także, że to, co jest emocjonalne i energetyczne, jest ważniejsze od fizycznego, albowiem jest jego przyczyną. W ten sposób uczysz się, że jesteś w swej esencji energią i dlatego nie możesz jej zlekceważyć. Skupianie się tylko na poziomie fizycznym, jest lekceważeniem poziomu energii, a więc najbardziej istotnego poziomu siebie.  Oba poziomy, jeden i drugi, są ważne , ale jeden był pierwszy i zrodził drugi, a nie na odwrót.  Materia nie ma możliwości samodzielnego zarządzania sobą według fizyki kwantowej. To pole energii zarządza ruchem każdego atomu materii. Dlatego właśnie, jeśli czegoś nie ma w polu kwantowym, to nie może pojawić się w materii. Fakt energetyczny jest dużo bardziej konkretny i znaczący niż fakt fizyczny.

Dlatego właśnie, kiedy odrzucanie danej energii ustaje i następuje jej zaakceptowanie, wówczas następuje włączenie tej energii w system i cały system się przemienia (ponownie konfiguruje, instaluje aktualizacje). Już nie będziesz taki sam,  zostałeś zmieniony, pozwoliłeś na zmianę. W tym sensie akceptacja tego, co odrzucone jest ryzykowna, bo nie wiesz, kim będziesz, jeśli pozwolisz tej energii połączyć się z tobą na poziomie głębszym niż komórkowy. Ona stanie się dosłownie tobą. Pozwolisz jej, aby była tobą. To zmieni ciebie. Będziesz inną istotą. Jaką? Na tym właśnie polegają przygody, że do końca nie wiesz, ale jedno można powiedzieć: z pewnością będziesz istotą pełniejszą.

 

Jeśli chciałbyś podzielić się swoimi odczuciami to poniżej znajduje się okienko z możliwością wysyłania komentarzy.

 

6 thoughts on “Pojednanie

  1. Przyjmij moje ogromne uznanie i podziw. Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej szczerości. To wielki dla mnie przywilej i zaszczyt mieć wgląd do duszy drugiej Istoty. Jestem wdzięczna za szczerość i odwagę, które bardzo mi pomogły w moim własnym zaglądaniu do głębi. Dla mnie uczucia to najdelikatniejsza, najpiękniejsza i najprawdziwsza część człowieka.
    W twojej opowieści oprócz uczuć są opisane kolor , obrazy, nastrój. Słowem jest to opowieść godna pióra największego pisarza. Zwierzenia te świadczą o ogromnej wrażliwości wewnętrznej, Ciesze się, że wszystko to zostało wydobyte na światło, ponieważ musiało to być dużym ciężarem dla Ciebie, Jesteś mi teraz Jeszce bardziej bliski niż do tej pory. Dziękuję bardzo za Twój Dar Serca, który utorował drogę dla innych w trudnych zmaganiach wewnętrznych, jakie towarzysza każdemu z nas w drodze do Jedności. Podczas czytania byłam bardzo wzruszona, zachwycona, wręcz pochłonięta. Potem zaś pozostało to ze mną na zawsze, jako pieśń mojego serca. To jest również moja opowieść mówiąca o wolności od własnych ocen, samooskarżeń i niszczenia. Jeszce raz potwierdza się to, że największa ciemność kryje zbawiająca od niej miłość. Dziękuję za to, że Jesteś, Basia z Warszawy

    1. Dziękuję Kochana Basiu za piękną odpowiedź. Dziękuję za twoje docenienie. Podejmując decyzję o opublikowaniu tego doświadczenia między innymi też towarzyszyła mi myśl, że ja sam zawsze lubiłem i nadal lubię czytać czyjeś najskrytsze, albo najdramatyczniejsze wyznania, i najwięcej się z nich nauczyłem. Pomyślałem sobie, że wiele zawdzięczam tym osobom, które ujawniały swoje sekrety, chociaż to nie zawsze było łatwymi decyzjami, i że w ten sposób dały mi duży dar, wiele wskazówek. O ile byłbym uboższy i musiałbym zdobywać wiele doświadczeń osobiście, gdyby nie internet i ta niesamowita szczerość wielu osób pokazujących mi siebie. Pomyślałem więc, że zawsze brałem i w pewnym sensie jestem im coś winien, i że fajnie by było, gdybym tym razem ja coś dał, niezależnie od tego jak to będzie wyglądało. W ten sposób doceniam więc wszystkich, którzy dzielą się sobą i dzięki którym ja wzrastałem. Wzrastamy dzięki sobie nawzajem, co pokazuje, że naprawdę jesteśmy jednym. Poza tym dojrzałem do tego, przyszedł właściwy moment, i nie ma co skrywać tego tylko dla siebie, skoro ktoś może się czegoś z tego nauczyć, a skrywanie z kolei czyni mnie zamkniętym przed sobą samym.. Pamiętam jak nieraz desperacko szukałem informacji na jakiś temat, i jak fajnie było znaleźć kogoś, kto je dawał. Dzisiaj chcę powiedzieć im wszystkim :dziękuję. A poza tym od opublikowania minęło już trochę czasu i przeniosło mnie to w inny obszar, oczyściło i uczyniło lżejszym. Dzisiaj cieszę się, jak ktoś do mnie napisze. Dziękuję, że napisałaś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *